Zamknij

Podczas rutynowego zabiegu chirurgicznego wykryli raka

18:00, 10.03.2019 | Martyna Sokołowska
REKLAMA
Skomentuj

 - Chciałabym jeszcze tyle rzeczy zrobić w życiu. Tyle książek przeczytać, filmów obejrzeć, posłuchać tyle pięknej muzyki, pojechać w tyle miejsc…Doczekać matury syna, poznać jego przyszłą żonę, przytulić wnuki… Jeśli uda mi się zrobić choć kilka z nich, będę szczęśliwa… - mówi Mariola Bąk, która choruje na raka wątroby.

Był rok 2012. 37-letnia Mariola zgłosiła się na usunięcie woreczka żółciowego. To rutynowy zabieg, nie było powodów do obaw i niepokoju. - Poprosiłam o obecność na sali operacyjnej ginekologa, bo było podejrzenie, że mogę chorować na endometriozę. Pomyślałam, że skoro będę miała otwierany brzuch, można od razu potwierdzić bądź wykluczyć to schorzenie - wspomina pani Mariola.

Lekarze na początku odmawiali, ale pani Mariola była uparta. W końcu wyrazili zgodę. - Okazało się, że na jajniku mam guzek. Lekarze pobrali wycinek do badania histopatologicznego. Po trzech tygodniach otrzymałam wyniki - diagnoza - nowotwór złośliwy. To był dla mnie ogromny szok. Wiadomo, co wiąże się z taką informacją. Byłam przerażona - opowiada.

Pani Mariola trafiła na stół operacyjny. Lekarze usunęli jajniki i macicę. - Wcześniej badałam się regularnie, cały czas byłam pod kontrolą lekarzy. Nawet miesiąc przed zabiegiem wycięcia woreczka żółciowego byłam u ginekologa, miałam zrobione usg ginekologiczne, które nie wykazało żadnych zmian - wspomina pani Mariola.

Po kolejnych badaniach okazało się, że jest to pierwsza faza choroby, była więc szansa na całkowite wyleczenie. Pani Mariola przeszła półroczną chemie. Jak się później okazało, leczenie okazało się skuteczne. - byłam zdrowa. Przez sześć lat miałam spokój. Czułam się bardzo dobrze, byłam pod stałą kontrolą onkologów - opowiada.

Aż do maja 2018 roku, kiedy niepokojące objawy powróciły. - Bolał mnie brzuch i miałam niestrawność. Szukałam pomocy, ale lekarze bagatelizowali moje objawy - przyznaje pani Mariola.

Podczas prywatnej wizyty ginekolog nie wykrył żadnych zmian. - Trafiłam do szpitala, ale tam usłyszałam, że na założenie karty DILO (karta szybkiej diagnostyki i leczenia onkologicznego) muszę poczekać miesiąc. A ja nie chciałam czekać, bo wiedziałam, że w przypadku nawrotu choroby, reakcja musi być natychmiastowa. Na własny koszt zrobiłam rezonans magnetyczny. Wynik był jednoznaczny - guz w okolicy dołu brzucha… - wspomina pani Mariola.

Lekarz zlecił wykonanie tomografii brzucha. Okazało się, że nowotwór zajął już wątrobę. - Kompletnie się tego nie spodziewałam. Chwilę wcześniej robiłam badania i markery miałam w granicach górnej normy, czyli około 35. Przy tak zaawansowanym nowotworze powinny wynosić kilkaset. To był szok...

Pani Mariola trafiła na onkologię. Rozpoczęła się kolejna sześciomiesięczna chemia. Po drugim cyklu wyniki pokazały, że ogniska zapalne się cofają. - Byłam pełna optymizmu. Myślałam, że wszystko będzie w porządku - wspomina.

Aż do stycznia tego roku. - W styczniu w sanockim szpitalu wykonałam kolejną tomografię, która pokazała, że ogniska zapalne się powiększają. W Krakowie nie chcieli mnie leczyć, dostałam kartkę ze skierowaniem do innego szpitala - relacjonuje.

Tak trafiła na onkologię do Brzozowa, gdzie została zakwalifikowana do trzeciego cyklu chemii. - To silna chemia, która ma działać na wątrobę. Jest bardzo toksyczna. Są dni, kiedy nie jestem w stanie wstać z łóżka, utrzymać w dłoni szklanki wody. Bardzo wyniszcza mój organizm. Ostatnio lekarze aby podać mi chemię sześć razy próbowali wkłuć się w żyłę, dopiero w stopę im się udało - opowiada.

Wyścig z czasem

W najbliższym czasie lekarze zdecydują o dalszym leczeniu pani Marioli. - Rokowania nie są dobre, to rak w czwartym stadium, choroba jest w zaawansowanym stadium. Mówią wprost, że zostało mi niewiele życia… Optymistyczne prognozy zakładają, że pożyję jeszcze dwa lata. Nie jest możliwe, aby mnie wyleczyli, ale mogą przedłużyć mi życie.

- Nie da się wyrazić co czuje człowiek, kiedy słyszy takie słowa. W jednej chwili świat się kończy, człowiek czuje się, jakby stał nad przepaścią i zastanawia się - rzucić się w dół, czy walczyć dalej. Pojawia się myśl - to już koniec? To ja już umrę? Człowiek zaczyna się obwiniać, że coś zaniedbał, że mógł żyć zdrowiej, bardziej aktywnie, inaczej… Ale później pojawia się refleksja - przecież chodziłam na badania, byłam pod opieką lekarzy, dbałam o siebie. Dlaczego mam siebie obwiniać o to, że popełniłam błąd, skoro pilnowałam wszystkiego. Miałam żal do lekarzy, że zbagatelizowali moje objawy - mówi.

Lek ostatniej szansy

Choroba całkowicie zmieniła życie pani Marioli. - Musiałam zrezygnować z pracy, która była dla mnie wszystkim. Pracowałam w szkole podstawowej jako polonistka i nauczyciel wspomagający. Pewnie już do niej nie wrócę. Rozstałam się z mężem, który odszedł po nawrocie choroby. Wróciłam z Krakowa do rodzinnego Sanoka, mieszkam z rodzicami. Sami są ciężko chorzy, a mimo tego bardzo o mnie dbają, otaczają opieką - mówi wzruszona.

Pomagają też przyjaciele. Na portalu zrzutka.pl zbierają pieniądze na leczenie pani Marioli. Chcą zebrać 150 tysięcy złotych na innowacyjną immunoterapię. - Początkowo byłam przeciwna, bo zawsze radziłam sobie sama i nie lubię robić ze swojego życia widowiska, ale w sytuacji, kiedy człowiek walczy o życie, zrobi wszystko, aby ocaleć. To dlatego zgodziłam się na zrzutkę i na ten wywiad. Mam niewiele do stracenia, więc jeśli pojawia się nadzieja, to trzeba ją wykorzystać. Myślę, że każdy człowiek, by tak zrobił. To chyba instynkt, chęć przetrwania, która budzi się w człowieku. Muszę się ratować, walczyć o swoje życie i zdrowie, nie tylko dla siebie, ale i dla moich bliskich. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy wpłacają pieniądze, bo dzięki tym ludziom mam szansę żyć trochę dłużej - mówi.

Pieniądze za pomocą portalu zrzutka.pl można wpłacać pod linkiem https://zrzutka.pl/mariolka.

W pomoc włączyło się także Stowarzyszenie Pomoc Rodzinie im. św. ks. Zygmunta Gorazdowskiego w Sanoku, które uruchomiło specjalne konto do wpłat dla Marioli 51 8642 1184 2018 0023 6513 0001 oraz numer KRS 0000303867 dla osób, które chcą odpisać dla niej 1 procent – wpłaty z dopiskiem „Dla Marioli”.

Przeszczep wątroby w przypadku pani Marioli nie wchodzi w grę. - A kto da wątrobę osobie chorej na raka? - usłyszałam od lekarza. - Poczułam się, jakby uśmiercali mnie za życia.

Mam znajomą we Francji. Mówiła, że tam osobom z nowotworem przeszczepia się wątrobę, tylko trzeba mieć na to ogromne pieniądze. W Polsce jestem skazana na śmierć, a za granicą mogłabym przeżyć, tylko przeszkodą są koszty.

Oswoić śmierć

- Na wszystko patrzę teraz z innej perspektywy. Kiedyś miałam odległe cele, plany, teraz przeżycie każdego kolejnego dnia jest dla mnie darem. Staram się nie myśleć o tym, co będzie, żyję chwilą. Nie mam innego wyjścia, inaczej bym oszalała…

Teraz moim największym marzeniem jest, aby być na weselu mojego siostrzeńca, doczekać matury syna, poznać jego przyszłą żonę, przytulić wnuki…

Chciałabym jeszcze tyle rzeczy zrobić w życiu, tyle książek przeczytać, posłuchać tyle pięknej muzyki, obejrzeć wiele filmów, pojechać w tyle miejsc… Jeśli uda mi się zrobić choć kilka z nich, będę szczęśliwa…

REKLAMA

Komentarze (2)

Proszę się nie baćProszę się nie bać

0 3

Śmierć to jeszcze nie koniec. To tylko brama. Ja nie umieram - wstępuję w Życie! 08:33, 11.03.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

AnonimAnonim

0 0

Jest jeszcze centrum w Bronowicach w którym leczą nowa metodą 16:42, 17.03.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

© isanok.pl | Prawa zastrzeżone