Zamknij

Sławomir Woźniak: "Teatr mnie nakręca"

16:04, 15.03.2019 | Martyna Sokołowska
REKLAMA
Skomentuj

Sławomir Woźniak (absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie) z teatrem związany jest od 30 lat. Jak sam przyznaje, nigdy nie chciał błyszczeć w świetle reflektorów, zawsze bardziej interesowało go kreowanie scenicznego świata, niż bycie jego częścią. Mógł pojechać w świat, ale wybrał prowincję i jak mówi - nie żałuje. Od prawie 13 lat kieruje pracą Biura Wystaw Artystycznych “Galeria Sanocka” i prowadzi Teatr BWA, któremu właśnie stuknęła dekada działalności. 

- Wszystko zaczęło się 30 lat temu…

Tak. W szkole średniej od kółka teatralnego. Pochodzę z Lublina, gdzie działało wówczas i nadal działa, wiele bardzo dobrych teatrów. Mieliśmy świetną polonistkę, która wyciągała nas na spektakle. Z czasem sami zaczęliśmy bawić się w teatr i przygotowywać pierwsze inscenizacje.

W trakcie nauki zmieniono nam polonistę. Przyszedł człowiek jeszcze bardziej “stuknięty” na punkcie teatru - legenda Lublina, podobno niespełniony aktor, ale i świetny nauczyciel. Zainspirował nas do bardziej poważnej pracy w teatrze. Zaczęliśmy przygotowywać adaptacje fragmentów utworów literackich.

- Z Lublina trafił pan do maleńkiego Wzdowa.

Tak, do Uniwersytetu Ludowego. Tam już ta zabawa w teatr była bardziej profesjonalna. Oczywiście cały czas był to teatr amatorski, ale robiliśmy sporo rzeczy - programy kabaretowe, inscenizacje różnych tekstów literackich. Po skończeniu UL trafiłem do wojska.

Po odbyciu służby skończyłem dwuletnie studium teatralne w Warszawie i los skierował mnie do Sanoka, skąd pochodzi moja żona. Związałem się z Gminnym Ośrodkiem Kultury w Bukowsku, gdzie już  zawodowo zająłem się teatrem. Pracowałem z dziećmi.

- Teatr z małego Bukowska szybko trafił na ogólnopolskie salony.

Mieliśmy trochę sukcesów, m.in. udział w finale Ogólnopolskiego Konkursu Teatrów Dziecięcych OFTA (w Łodzi). Nagrody wprawdzie nie zdobyliśmy, ale uważam, że dostanie się do finału, gdzie były teatry w Warszawy, Lublina czy Krakowa, było sporym sukcesem.

- Później był Sanocki Dom Kultury i kultowy w niektórych kręgach teatr “Zgrzyt”

Z którym związany byłem prawie 16 lat… Zjeździliśmy całą Polskę wzdłuż i wszerz. Nie ukrywam, że pod koniec było to już dla mnie bardzo męczące.

- Miewał pan “kryzysy twórcze”?

Tak. Szczególnie zapadła mi w pamięć sytuacja, kiedy zostaliśmy zakwalifikowani na duży międzynarodowy przegląd teatrów w Łodzi. Kompletnie rozjechał nam się wtedy spektakl, dostaliśmy za niego od jury mocno po siedzeniu. Pomyślałem wtedy, że chyba przyszedł czas na zmianę pracy, bo się do tego po prostu nie nadaję. Podszedł wtedy do mnie jeden z członków jury i powiedział “Nie możesz reagować  tak  emocjonalnie, przed tobą jeszcze sporo spektakli”. No i miał rację.

- I być może to dzięki niemu od 10 lat możemy nadal oglądać reżyserowane przez pana spektakle, tym razem z teatrem BWA.

Tak, z tym, że sytuacja jest całkiem inna. W Sanockim Domu Kultury była presja na wyjazdy, konkursy i zdobywanie nagród, co mnie zaczęło mocno już w pewnym momencie męczyć. Proszę sobie wyobrazić festiwal, na który zjechało 30 teatrów z całej polski - wszyscy patrzą na siebie wilkiem, każdy jest konkurentem… Owszem, zdrowa rywalizacja jest dobra, bo podpatrując pracę innych aktor może się sporo nauczyć. Występując na takich imprezach nabiera się także doświadczenia. Jednak w pewnym momencie traci się już ochotę na uczestniczenie w wyścigach. Bardziej cenna staje się wspólna praca, a nagrody owszem bywają miłym dodatkiem, ale nie najważniejszym.

W Teatrze BWA działamy zgodnie z naszym rytmem. Tutaj możemy bawić się w teatr, praca jest bardziej spontaniczna, robimy to dla przyjemności, a nie nagród. Nie ma żadnej presji…

- Nie ciągnęło pana nigdy w “wielki świat”?

Padła kiedyś propozycja powrotu do Lublina i podjęcia pracy w Centrum Kultury. Zastanawiałem się nad tym jakiś czas dość mocno, ale z drugiej strony, sporo czasu spędziłem w dużych miastach i szczerze mówiąc, z wiekiem moja niechęć do nich wzrasta. Wprawdzie możliwości są większe, ale z drugiej strony jest to bardzo męczące.

- Nie było żalu, że być może coś umknęło?

Ale ja robię to, co zawsze chciałem robić. Nigdy nie interesowało mnie stanie na scenie. Od początku bardziej pociągała mnie reżyseria i praca z ludźmi. Możliwość kreowania, tworzenia. Aktor tworzy tylko pewien wycinek, pewną postać, sytuację, a reżyser cały świat.

- Jest różnica między zawodowym, a amatorskim teatrem?

Po obejrzeniu blisko dwóch tysięcy spektakli zawodowych i amatorskich uważam, że teatr amatorski jest dużo ciekawszy, niż teatr zawodowy. Jest to teatr robiony z potrzeby serca, autentyczny, prawdziwy, nie sztuczny czy udawany. Nie jest istotne czy na scenie stoją zawodowcy, czy amatorzy.

- Każdy może być aktorem?

Prawie. Na podstawie moich wieloletnich obserwacji stwierdzam, że jest bardzo niewielki odsetek ludzi, którzy kompletnie nie nadają się do teatru, ale to jest naprawdę niewielka grupa. Zdecydowana większość spokojnie poradzi sobie na scenie. Po pierwszym spotkaniu jestem w stanie określić, kto się nadaje i zostanie, a kto nie. Nigdy się nie pomyliłem.

- Pracuje pan zarówno z dziećmi, jak i młodzieżą i dorosłymi. Jak bardzo różni się sposób pracy w tych poszczególnych grupach?

Z młodzieżą jest żywioł. Staram się wydobyć ich spontaniczność. Kiedy to się udaje, okazuje się, że mają masę pomysłów i wnoszą sporo fajnych rzeczy do spektakli. Dorośli otwierają się bardzo długo, często są zamknięci, zakompleksieni. Z drugiej strony mają większe życiowe doświadczenie, które mogą przenieść na scenę i większą dojrzałość.

- Jak udaje się panu okiełznać taki zbiór osobowości?

Nie jest to łatwe. Powiem tak - kiedy zaczynałem swoją pracę, bardzo nerwowo reagowałem na takie sytuacje. Było dość głośno, zarówno z mojej, jak i aktorów strony. W pewnym momencie chyba po prostu dojrzałem do tego, że więcej zdziałamy dialogiem. Czasami oczywiście trzeba krzyknąć  - na próbie to jest normalne, ale generalnie trzeba słuchać, wyjaśniać i wspólnie szukać najlepszych rozwiązań.

- Dlaczego warto bawić się w teatr?

Bo teatr to świetne narzędzie rozwijające osobowość, uczące kreatywnego myślenia i funkcjonownia w środowisku lokalnym, społeczeństwie.

Nie znam losów wszystkich osób, które przewinęły się przez Zgrzyt czy Teatr BWA, ale wiem, że wiele z nich świetnie radzi sobie w życiu. Są aktorami, dziennikarzami, samorządowcami. Mówią, że teatr dał im bardzo wiele.

Nie bez powodu w krajach zachodnich zajęcia teatralne już od najmłodszych lat są częścią szkolnej edukacji, w Polsce tego nie ma, a szkoda, bo to bardzo ułatwia późniejsze funkcjonowanie w życiu. Ludzie uczą się publicznie funkcjonować, rozwijają wyobraźnię, stają się otwartymi i kreatywnymi jednostkami, które świadomie odbierają świat, a nie tylko biernie w nim uczestniczą.

Obcowanie z kulturą uczy też wrażliwości.

Jest to też świetnie narzędzie terapeutyczne. Każdy ma jakieś problemy, a na scenie przenosimy się w inny świat.

- Jak w takim razie ma się kultura w Sanoku - "mieście kultury"?

Na pewno można robić więcej i lepiej. Problemem jest brak koncepcji rozwoju kultury. Nie widzę, a obserwuję działania kolejnych władz miasta od lat, polityki kulturalnej, czyli określania potrzeb, wyznaczania celów i środków do ich realizacji. 

W Sanoku jest sporo osób, które chcą działać, mają pomysły i energię. Ten potencjał nie jest zagospodarowany i wykorzystywany. Ja też mógłbym siedzieć tutaj w BWA, pić kawę i raz na jakiś czas coś zorganizować, ale tak nie chcę. Nie znoszę monotonii. Robię teatr bo to daje mi kopa.  

- W tym roku stuknęła Wam dekada. Jakie emocje i refleksje towarzyszą panu w związku w tym jubileuszem?

Jestem bardzo zaskoczony ilością ciepłych słów, które padły w nasza stronę. Nie spodziewałem się tego, a już na pewno ogromnym zaskoczeniem był czekoladowy Oskar, którego otrzymałem.

Trzeba pamiętać, że Teatr BWA jest to wspólna praca wielu osób, sam nic bym nie zdziałał, dlatego ogromny ukłon w stronę wszystkich, którzy nas wspierają. Warto również podkreślić ogromny profesjonalizm wszystkich osób pracujących w BWA.

- Opowie pan o najbliższych planach?

 Planów jest sporo. Przygotowujemy spektakl “W małym dworku”, którego premierę planujemy na jesień tego roku. Pracujemy też nad monodramem “Lalki moje ciche siostry”. Chcemy wznowić “Letni dzień” Mrożka, z którym bardzo dużo jeździliśmy. Mamy zaproszenia z Jasła, Gorlic, Cisnej i Załuża. Pokażemy się także w Sanoku, na przełomie kwietnia i maja. Marzą mi się także spektakle w konwencji teatru ogródkowego, wśród ludzi i zieleni.

Jednak największym marzeniem jest rozbudowa BWA. Mocno trzymamy kciuki za projekt Artystyczna Kuźnia, który bardzo by nam ułatwił pracę.

Fajnie byłoby mieć także stabilizację finansową, która pozwoliłaby nam odejść od teatru minimalistycznego, czyli “trzy taborety i światło”. Marzy nam się zrobienie spektaklu z prawdziwego zdarzenia - w klasycznych kostiumach uszytych przez pracownię krawiecką i scenografią zaprojektowaną przez scenografa. Czy nam się to uda? Czas pokaże.

Rozmawiała Martyna Sokołowska

REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© isanok.pl | Prawa zastrzeżone