Towarzystwo im. św. Brata Alberta w Sanoku od 25 lat otacza opieką tych, dla których los nie zawsze był łaskawy. To tutaj znajdują pomoc bezdomni, chorzy i ubodzy.
Ćwierć wieku temu, w 1991 roku zaczynali od jadłodajni, rok później powstała łaźnia i punkt "Dar Serca", gdzie potrzebujący mogą dostać m.in. odzież, buty i środki czystości. W 1993 roku sanoccy albertyni otworzyli jedyne w Polsce schronisko dla bezdomnych, które kwateruje inwalidów, cztery lata później Dom Pomocy Społecznej. Kilka lat temu w na Olchowcach w budynku po jednostce wojskowej utworzono ośrodek pielęgnacyjno-opiekuńczy pełniący także rolę hospicjum.
We wrześniu stuknął im okrągły jubileusz 25-lecia istnienia. Z tej okazji społecznicy spotkali się w sanockim skansenie. Były odznaczenia dla zasłużonych, gratulacje m.in. od włodarzy miasta i powiatu i życzenia kolejnych 25-lat istnienia, a także czas na wspomnienia i wspólną zabawę.
Jednym z założycieli sanockiego koła Towarzystwa im. św. Brata Alberta był ksiądz Michał Drabicki. Choć początki działalności Albertynów w Sanoku łatwe nie były, dziś wspomina je z sentymentem. - Zaczynaliśmy od jadłodajni. Pomagaliśmy nie tylko bezdomnym, ale także ubogim oraz byłym więźniom, którzy po opuszczeniu zakładu nie mieli gdzie się podziać i za co żyć. Frekwencja na stołówce dowodziła, że było wtedy spore zapotrzebowanie na taką formę działalności - wspomina założyciel sanockiego koła.
- Czasy były zupełnie inne, ludzie dzielili się z nami czym mieli, rolnicy dawali nam warzywa, z których przygotowywaliśmy posiłki, ktoś podarował buty czy ubrania, które trafiały do potrzebujących. Za własne pieniądze kupiłem piec do łaźni. Pamiętam, że kosztował 200 dolarów, w tamtych czasach to była kupa pieniędzy, sam u siebie miałem gorszy. Z tego co wiem służy do dzisiaj - wspomina z uśmiechem jeden z założycieli Tow. im. św. Brata Alberta w Sanoku.
Przez ten czas wiele się zmieniło. Placówka się rozrosła, rozszerzyła zakres usług m.in. o zakład pielęgnacyjno-opiekuńczy, a dzięki pieniądzom, które kierownictwo stara się zdobywać z zewnątrz, Dom Inwalidy Bezdomnego w przyszłym roku przejdzie generalny remont. To jedyna taka placówka w Polsce. Od 13 lat jesto domem dla Franciszka Tomczyka. - Tak się potoczyły moje losy. Jest ciężko, ale przynajmniej mam dach nad głową i ciepły posiłek - mówi. - Dzięki takim ośrodkom i ludziom o dobrych sercach, którzy je prowadzą, mamy gdzie się podziać - dodaje.
Od dziewięciu lat placówce szefuje Alicja Kocyłowska. - Nie robimy nic nadzwyczajnego, po prostu niesiemy pomoc potrzebującym. To ludzie skrzywdzeni przez los, często z bardzo zawiłymi życiorysami. Historie niektórych z naszych podopiecznych to prawdziwe rodzinne dramaty, wbrew pozorom nie każda podlana jest alkoholem, choć i takie się zdarzają. Niezależnie od tego nikogo nie oceniamy. Pomagamy, bo wiemy, że część z tych ludzi bez nas nie dałaby sobie rady - mówi szefowa sanockich albertynów.
0 0
A o pani Wandzie Wojtuszewskiej nikt nie wspomniał? Jeśli nie, to wielki wstyd.
0 0
Jaśko jakbyś był to byś słyszał czy wspomniana i zaproszona i dostała podziękowanie. To chyba odwrotnie to ktoś zapomniał o Towarzystwie.
0 0
Tak, czasem los nie jest laskawy. Ale o wiele czesciej MY LUDZIE sobie sprawiamy klopoty.
Czekac na pomoc bo nam sie nic nie chce jest ohydne !!!!
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu isanok.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz