Zamknij

Tajemnicze zaginięcie sanockiego dziennikarza. Zginął, bo wpadł na trop zbrodni?

08:51, 03.12.2021 | .
Skomentuj Archiwum rodzinne
REKLAMA

Historia zaginięcia sanockiego dziennikarza Marka Pomykały to gotowy scenariusz filmu. W nocy z 29 na 30 kwietnia 1997 roku 29-letni mężczyzna wyszedł ze swojego mieszkania i ślad po nim zaginął. Nikt wtedy nie przypuszczał, że przez kolejne 24 lata nie uda się rozwikłać tej tajemnicy. Długi czas forsowano wersję o samobójstwie, ale okazuje się, że prawda jest prawdopodobnie zupełnie inna. W tle tej zagadki jest bowiem śmierć co najmniej dwóch osób i milicyjno-prokuratorski układ, który miał tuszować zbrodnie popełnione w połowie lat 80. przez ówczesnego wicekomendanta leskiej milicji, Tadeusza P. Czy Marek Pomykała musiał zginąć, bo wpadł na ten trop? 

Marek Pomykała był sanockim dziennikarzem. Do prasy pisał już na studiach, głównie relacje z wydarzeń sportowych. Związany był wtedy z krakowskim „Tempem”. Po powrocie do Sanoka pracował najpierw w „Tygodniku Sanockim”, później w swoim „Echu Sanoka”. Pisał głównie o lokalnych sprawach i sporcie, który był jego ogromną pasją. Był wiernym kibicem miejscowej drużyny hokejowej STS Sanok, ale nie bał się też kontrowersyjnych tematów. Był zdolny, ambitny i dociekliwy. – Lubił włożyć kij w mrowisko – wspominają dawni znajomi i koledzy po fachu, kiedy pytam ich o Marka. W 1996 roku rozpoczął współpracę z „Gazetą Bieszczadzką” i opisywał dla niej lokalne wydarzenia.

– Jemu ta praca bardzo odpowiadała. Kochał Bieszczady i kochał ludzi. Nieraz przychodził i opowiadał o tym, kogo udało mu się tam poznać. To była dla syna wielka przyjemność – wspomina Kazimierz Pomykała, ojciec Marka.

– Miał też fioła na punkcie sportu, choć typem sportowca nie był. Nawiązał ponowną współpracę z „Tempem” i dzięki legitymacji prasowej mógł chodzić na mecze swoich ulubionych drużyn. Był w swoim żywiole – dodaje i wyciąga z lekko zniszczonej teczki z napisem „Marek” kilka zdjęć syna. To jedyne pamiątki, jakie mu po nim zostały.

– To jedno z ostatnich zdjęć Marka – mówi, podając mi do ręki czarno-białą fotografię.

Spoglądam na zdjęcie. Młody mężczyzna z papierosem w ustach nieco zawadiacko się do mnie uśmiecha.

– Fotografię wykonano na krótko przed zaginięciem. Marek stoi przed blokiem, w którym razem mieszkaliśmy. Ma nawet na sobie tą samą kurtkę, jak w dniu, kiedy zaginął…

1997

Cofnijmy się w czasie o 24 lata. Jest wtorek 29 kwietnia 1997 roku – piękny, słoneczny dzień w Sanoku. Marek planuje wyjazd w Bieszczady, a o podwózkę prosi znajomego, bo kilka tygodni temu stracił prawo jazdy. Paweł (imię zmienione na prośbę rozmówcy) nie pierwszy raz robi za kierowcę Marka. Z Sanoka wyjeżdżają około godziny 13.

– Z Markiem poznaliśmy się w 1993 roku przy okazji współpracy w wydawanym wówczas przez niego „Echu Sanoka” – opowiada.

-Wprawdzie tego dnia miałem nieco inne plany, ale zgodziłem się być kierowcą. Obaj na tym korzystaliśmy – Marek mógł wypić, a ja jako młody kierowca szlifowałem jazdę samochodem – dodaje.

Objeżdżają: Rzepedź, Komańczę, Wolę Michową, Balnicę i Cisną.

W Balnicy Marek spotyka się z małżeństwem, o którym przygotowuje reportaż do gazety.

– Pojawił się u nas w godzinach popołudniowych – wspomina pani Dorota. – Po skończonym wywiadzie zaczęliśmy swobodną rozmowę. Marek opowiadał trochę o sobie, o tematach, nad jakimi pracuje. Ożywił się, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o słynnej w okolicy sprawie samobójstwa Holendra i Polki, którzy przyjechali w Bieszczady, aby odebrać sobie życie. Marek, z tego co wiem, pisał na ten temat. Odniosłam wrażenie, że ekscytuje go tematyka śmierci. Przyznał, że ma za sobą dwie próby samobójcze i rozważa odebranie sobie życia, ale to jak dodał – „jeszcze nie teraz, jak przyjdzie czas”. Byłam zaskoczona jego słowami, bo takich rzeczy raczej się nie mówi, ale jednocześnie rozmowa przebiegała bardzo swobodnie, nie zachowywał się jak osoba, która zamierza odebrać sobie życie – wspomina.

Marek spędził u nich w domu około dwóch godzin. Więcej się nie kontaktowali.

Przed godziną 21 Marek z Pawłem są z powrotem w Sanoku. Rozstają się na ulicy Jana Pawła II. Dziennikarz siada za kierownicę swojego malucha, żegnają się i dziennikarz odjeżdża. Właśnie widzą się po raz ostatni. – Marek był spokojny, nic nie wskazywało na to, aby miał jakieś zmartwienie czy problem – wspomina Paweł.

O zaginięciu kolegi dowiaduje się dwa dni później od żony dziennikarza.

– Naprawdę nie wiem, co mogło się wydarzyć. Wtedy byłem przekonany, że to było samobójstwo, dzisiaj – nie wiem.

Marek jedzie do domu. Mieszka z żoną na drugim piętrze w bloku w centrum Sanoka. Piętro niżej do dzisiaj mieszkają jego rodzice. Wówczas prowadzili osiedlowy kiosk. – Marek przyszedł do nas po klucz, chciał wziąć sobie papierosy z kiosku. Mówił, że ma do napisania tekst i będzie siedział w nocy, a rano musi jechać do redakcji do Ustrzyk – wspomina Kazimierz Pomykała, ojciec Marka.

O dostarczeniu nazajutrz gotowego materiału informuje również telefonicznie swojego ówczesnego szefa, Tadeusza Szewczyka. Poprosi o przygotowanie wypłaty.

W mieszkaniu oprócz żony jest ich wspólny znajomy, Marcin. Marek jest podpity, między małżonkami wywiązuje się kłótnia. – Atmosfera była niespecjalna, tego dnia jego żona dowiedziała się chyba, że Marek stracił prawo jazdy i doszło między nimi do sprzeczki. Marek ponaglał mnie do wyjścia, mówiąc, że musi się zabrać do pracy. Utkwiło mi to w pamięci, bo nigdy wcześniej tak się nie zachowywał – relacjonuje Marcin.

W mieszkaniu Marka są dwa telefony – jeden w kuchni, drugi w pokoju obok. Marcin przypomina sobie, że dziennikarz wychodził do sąsiedniego pokoju gdzieś dzwonić, ale, jak twierdzi, nie słyszał treści tych rozmów. – Chciał mnie odwieźć do domu, ale żona zabrała mu kluczyki. Zszedł ze mną na dół przed klatkę wyprowadzić psa i tam się rozstaliśmy – wspomina.

Wracając do mieszkania Marek dzwoni domofonem do rodziców, prosi ich o kluczyki do samochodu, bo rano musi jechać – Dałem mu klucze i wtedy widziałem syna po raz ostatni – wspomina ojciec dziennikarza.

Marek odprowadza psa do mieszkania, po czym wychodzi z domu, wsiada do samochodu i odjeżdża w nieznanym kierunku. Tutaj ślad po nim się urywa.

Z samego rana żona Marka kontaktuje się z jego rodzicami. Mówi, że Marek nie wrócił na noc. Pyta, czy go u nich nie ma. Ruszają poszukiwania.

Na początku rodzina i bliscy szukają go na własną rękę. Wypytują znajomych, odwiedzają miejsca, gdzie bywał, mógł przebywać lub był wcześniej widziany. Objeżdżają Bieszczady. Bez skutku. Tego samego dnia – 30 kwietnia – składają doniesienie na policji o jego zaginięciu.

Policja przesłuchała wówczas m.in.: rodzinę, znajomych oraz osoby, które w ostatnich dniach widziały się z Markiem Pomykałą, w tym m.in. barmanki z lokali, w których dziennikarz przebywał oraz pracujących z nim w redakcji dziennikarzy. Żadna z przesłuchanych osób nie potrafi powiedzieć, co mogło się z nim stać. Redakcyjni koledzy wykluczali motyw zemsty ze względu na temat, jakim miał się wówczas zajmować, barmanki potwierdziły, że często przebywał w lokalach, gdzie pił alkohol, nie zapamiętały jednak żadnych istotnych szczegółów z wieczoru, kiedy Marek Pomykała zaginął.

Dwa dni później – 2 maja – rodzice odebrali telefon z policji, że samochód dziennikarza, mały fiat w kolorze piasku pustyni, został znaleziony przed główną bramą prowadzącą na koronę zapory w Solinie. Miał tam być widziany już wieczorem 30 kwietnia przez wartownika zapory. – Kiedy przyjechaliśmy na miejsce samochód był zamknięty, a Marek nigdy tego nie robił – wspomina ojciec. Dodaje, że uwagę żony zwrócił zmięty koc na tylnym siedzeniu, którego ułożenie wskazywało na to, że w pojeździe mogło dojść do szamotaniny. Marek woził w aucie koc, rozkładał go na tylnym siedzeniu, kiedy brał na przejażdżki swojego psa. Koc zawsze składał w kostkę, dlatego to zwróciło uwagę rodziców.

Na miejsce przyjechali policjanci. Jak wspomina ojciec dziennikarza, szybko zrezygnowali z oględzin miejsca, nie zabezpieczyli żadnych śladów, nie zdjęli też odcisków palców. – Powiedzieli, że nie jest to konieczne, możemy zabrać samochód i na tym ich działania się skończyły – wspomina.

– Wsiadłem do samochodu i próbowałem go odpalić, ale okazało się, że bak jest pusty. Wyglądało, jakby ktoś celowo zaciągnął auto w to miejsce – mówi ojciec.

Policja postawiła tezę o samobójstwie dziennikarza. W przeszłości mężczyzna leczył się psychiatrycznie, miewał też przecież próby samobójcze. Znajomi dziennikarza pytani o to, w jakiej kondycji był wówczas potwierdzają, że miewał wahania nastrojów i przyjmował leki psychotropowe, które zdarzało mu się mieszać z alkoholem. Przyznają, że wersja mówiąca o samobójczej śmierci Marka wydawała im się wówczas prawdopodobna.

Rodzice z czasem nabrali jednak wątpliwości. – Marek miał plany na długi weekend. Mieli z żoną jechać do ośrodka Latarnia Wagabundy w Woli Michowej w Bieszczadach na rozpoczęcie sezonu turystycznego. Za kilka dni syn miał być na meczu swojej ukochanej drużyny hokejowej. Nic nie wskazywało na to, aby chciał odebrać sobie życie – wspomina ojciec dziennikarza.

Dotarłam też do znajomego Marka, który potwierdza, że mieli wspólne plany na zbliżające się wakacje. – Mieszkałem już za granicą, ale przez cały czas mieliśmy kontakt. Spędziliśmy razem ostatniego sylwestra – wspomina.

Poznali się, kiedy byli nastolatkami, Marek był kilka lat starszy, ale z czasem różnica wieku się zatarła.

– Planowałem wakacje w Sanoku, mieliśmy spędzić razem trochę czasu, Marek snuł plany i bardzo się cieszył na nasze spotkanie – wspomina i dodaje: – Był w niezłej formie, jestem przekonany, że nie popełnił samobójstwa.

Kiedy policyjne poszukiwania nie przyniosły rezultatu, rodzina Marka postanowiła poszukać pomocy u jasnowidzów. W sumie nawiązała kontakt z trzema różnymi osobami specjalizującymi się w poszukiwaniu zaginionych osób. Każda z nich stwierdziła, że Marek nie żyje i najprawdopodobniej został zamordowany. Jako miejsce ukrycia ciała wskazywali Jezioro Solińskie i Jezioro Myczkowieckie.

Nurkowie przez kilka dni szukali w jeziorze ciała dziennikarza. Poszukiwania na łamach Tygodnika Sanockiego opisywał Bartosz Błażewicz. Tekst pt: „Jak kamień w wodę” ukazał się 23 maja w 21. numerze TS z 1997 roku. Dziennikarz relacjonuje w nim dwa dni poszukiwań, które miały miejsce 15 i 16 maja. Z tekstu dowiadujemy się, że za pomocą echosondy wytypowanych zostało co najmniej kilka miejsc, w których mogły znajdować się zwłoki, w tym jeden punkt na głębokości 55 metrów.

Nurkowie po kolei sprawdzali miejsca wytypowane za pomocą echosondy na łodzi, którą sterował jeden z funkcjonariuszy leskiej komendy policji. Czynności, jak relacjonuje w tekście Bartosz Błażewicz, nie przyniosły rezultatu i około godziny 18 zostały zakończone.

Nazajutrz akcję kontynuowano. Sprawdzono m.in. śluzy, którymi woda dostaje się do turbin elektrowni, kontynuowano także poszukiwania w wodzie. Akcję pamięta Adam Nędza, komendant rejonowy Państwowej Straży Pożarnej w Sanoku. – Szukaliśmy ciała w rejonie zapory solińskiej, bo tam znaleziono samochód Marka i to miejsce wskazał jeden z wróżbitów. Do sprawdzenia został nam punkt na głębokości 55 metrów. Wszyscy czekali na policjanta, który miał przyjechać na zastępstwo i obsługiwać echosondę, ale ten nie dojechał na miejsce. W zasadzie to do dzisiaj nie wiemy dlaczego – wspomina Adam Nędza.

Około godziny 17 akcja poszukiwawcza dobiegła końca, i już nigdy nie została wznowiona.

W 1999 roku rodzicom zaginionego dziennikarza udało się przekonać prokuraturę w Sanoku do

wszczęcia śledztwa w sprawie zaginięcia Marka Pomykały. – Sprawa nie dawała nam spokoju. Coraz więcej faktów wskazywało na to, że nas syn padł ofiarą przestępstwa – wspomina Kazimierz Pomykała.

Śledztwo zostało wszczęte pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Czynności na zlecenie Komendy Wojewódzkiej Policji w Krośnie prowadzili sanoccy policjanci. – Nasze działania ograniczały się do czynności, które zleciła nam krośnieńska policja. Mieliśmy za zadanie przesłuchać kilka młodych kobiet. Były to barmanki z sanockich lokali, w których w dniu zaginięcia mógł przebywać Marek Pomykała i podjechać z nurkami na trasę między Myczkowcami a Soliną, i zrobić tam penetrację dna w miejscu wskazanym przez jasnowidza – wspomina Stanisław Michalski z wydziału dochodzeniowego sanockiej policji, który w 1999 roku prowadził czynności w sprawie zaginięcia Marka Pomykały.

Ponowne przesłuchania nie wniosły jednak do sprawy istotnych informacji, poszukiwania ciała też nie przyniosły rezultatu. Po kilku miesiącach śledztwo zostało umorzone. W uzasadnieniu umorzenia czytamy: – „Z uzyskanych zeznań wynika, że jakkolwiek nie można wykluczyć zabójstwa, to jednak biorąc pod uwagę cechy charakteru zaginionego i jego życie rodzinne i zawodowe wskazują iż jak najbardziej prawdopodobną przyczyną zaginięcia jest samobójstwo. (…) Ponieważ również czynności pozaprocesowe prowadzone równolegle z procesowymi, nie dały pozytywnego rezultatu, a sprawdzenie połączeń telefonicznych w dniu zaginięcia z telefonu Marka wskazuje, iż rozmów nie było, należy uznać, że na obecnym etapie wyczerpano już procesowe możliwości wyjaśnienia losu zaginionego i dochodzenie postanowiono umorzyć”.

Fragment mówiący o braku połączeń telefonicznych wzbudził podejrzenia rodziców dziennikarza. – Nie wierzyłem, że Marek do nikogo nie dzwonił, bo syn, jak tylko był w domu, to cały czas wisiał na telefonie. Wystąpiłem więc o bilingi z tego dnia – relacjonuje Kazimierz Pomykała.

Z historii rozmów wynikało, że w nocy z 29 na 30 kwietnia między godziną 21 a 6 rano operator zarejestrował w sumie 10 połączeń. Okazało się, że Marek Pomykała tego wieczoru kontaktował się ówczesnym komendantem wojewódzkim Mieczysławem Totoniem i jego zastępcą, Jerzym Martynkiem. O czym mówił szefom krośnieńskiej policji? Co takiego wydarzyło się, że zadzwonił do nich późnym wieczorem? I wreszcie – komu i dlaczego zależało na tym, aby informacja o tym, że dziennikarz przed zaginięciem się z nimi kontaktował, nie wyszła na jaw?

Do tej pory nie znamy odpowiedzi na żadne z tych pytań. Komendanci Martynek i Totoń zasłonili się w śledztwie niepamięcią i nie potrafili powiedzieć, czy w dniu zaginięcia sanockiego dziennikarza ktoś do nich dzwonił, czy był to Pomykała i o czym ewentualnie mówił.

Treści rozmów nie słyszała też żona Marka, ani kolega, który tego wieczoru był u nich w domu. Tak przynajmniej zeznali w śledztwie. Do dzisiaj nie ustalono także tożsamości osoby lub osób, które tego wieczoru dzwoniły do Marka Pomykały z barów Beerland i Bustar. Zgodnie z historią połączeń ktoś dzwonił do domu dziennikarza z Beerlandu o godzinie 21.16, po tym telefonie dziennikarz kontaktował się z policjantami (o 21.53 odnotowano połączenie z dyżurką KW w Krośnie, o 22.02 z wicekomendantem Martynkiem, o 22.03 z komendantem Totoniem. Jak wynika z bilingu, z szefem KW rozmowa trwała prawie cztery minuty. Kolejne dwa połączenia to telefony z baru Bustar (o 22.18 i 22.33). Kto i w jakim celu szukał Marka Pomykały? Czy tej nocy spotkał się z dziennikarzem?

To nie jedyne pytania bez odpowiedzi w tej sprawie. Śledczy nie ustalili, czy dziennikarz w noc zaginięcia był sam czy z kimś, gdzie i w jakim celu pojechał i jak to się stało, że jego samochód z pustym bakiem znalazł się przy samej bramie na zaporę w Solinie. Nie znaleziono także notesu dziennikarza, w którym mogły znajdować się istotne dla sprawy informacje.

– Marek nie wspominał nam wtedy, nad jakim tematem pracuje, nie informował nas o tym – odpowiada Kazimierz Pomykała kiedy pytam czy wie, jaką sprawą zajmował się wówczas jego syn.

Nowe światło na zaginięcie dziennikarza z Sanoka rzucił po latach jego wieloletni znajomy, Zbigniew (imię zmienione na prośbę rozmówcy).

Spotykamy się po zmroku w centrum Sanoka. Jest chłodny, jesienny wieczór. Znamy się, w przeszłości zdarzało nam się zawodowo współpracować. Zbigniew opowiada mi o Marku. O tym, jaki był, co lubił. Okazuje się, że chodzili razem do liceum, pomieszkiwali w jednym pokoju w akademiku, a później pracowali jako przewodnicy w sanockim skansenie. Z czasem ich kontakty nieco się rozluźniły, ale nigdy nie zerwały.

Kilka miesięcy przed zaginięciem dziennikarza, na jego prośbę, wybrali się w Bieszczady. – Marek przyszedł do mnie i zaproponował, abyśmy się przejechali dużą pętlą bieszczadzką. Wracaliśmy przez Polańczyk, Hoczew i Lesko i jak przejeżdżaliśmy przez Łączki, Marek powiedział, że prowadzi śledztwo dziennikarskie i że w tej miejscowości jakaś gruba ryba popełniła w PRL-u wypadek pod wypływem alkoholu i zabiła pieszego, a sprawie został ukręcony łeb. Pamiętam, że pytałem o nazwiska, ale nie chciał nic więcej powiedzieć. Przestrzegałem go, żeby na siebie uważał, bo skoro w sprawę zamieszany jest ktoś ważny, to może mu grozić niebezpieczeństwo.

1985

Do wypadku, o którym dziennikarz wspomniał znajomemu, doszło w czwartek 21 listopada 1985 roku w Łączkach koło Leska. Był wieczór, samochodem jechało wówczas dwóch wysoko postawionych milicjantów, za kierownicą siedział wówczas 24-letni podinspektor Tadeusz P., ówczesny zastępca komendanta milicji w Lesku, obok niego Lucjan P., zastępca komendanta ówczesnego Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Lesku. Obaj byli pijani, wcześniej bawili się w kasynie milicyjnym. W Łączkach w pobliżu „Zajazdu pod Gruszką” Tadeusz P. śmiertelnie potrącił 40-letniego Edwarda Krajnika, mieszkańca Olchowej, który właśnie opuścił zajazd. Aby uniknąć odpowiedzialności i afery, na miejsce ściągnięto ojca P., który winę za spowodowanie wypadku wziął wówczas na siebie.

Podinspektor Tadeusz P. był wtedy postacią znaczącą – wiceszefem leskiej milicji. Po 1989 roku przeszedł weryfikację i pracował w policji aż do emerytury.

Wypadek widziało jednak co najmniej kilka osób, które na pobliskim przystanku czekały wówczas na autobus. Widzieli oni, że to Tadeusz P. siedział za kółkiem, ale nikt – ani prokurator, ani nikt z mundurowych, którzy przyjechali na czynności z leskiej komendy – nie był ciekaw ich wersji wydarzeń, zresztą zostali szybko usunięci z miejsca zdarzenia. Oficjalnie przyjęto, że sprawcą wypadku był ojciec wicekomendanta, a winą za jego spowodowanie obarczono ofiarę. Uznano, że 40-latek wtargnął pijany pod koła, a śledztwo zostało w 1986 roku umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Lesku.Jednak świadkiem działań na miejscu wypadku i tuszowania jego prawdziwych okoliczności był także młody milicjant, sierżant Krzysztof Pyka. Wracał do domu do Polańczyka autobusem z milicyjnego kasyna w Lesku. Pyka chciał się włączyć w policyjne prace i pomóc zabezpieczać ślady, ale jak relacjonował później znajomej, został odsunięty przez swoich przełożonych – Tadeusza P. i Lucjana P.

Pyka nie mógł pogodzić się z tym, że sprawę umorzono, a sprawca śmiertelnego wypadku uniknął odpowiedzialności. Chciał doprowadzić do ujawnienia prawdy i głośno o tym mówił. Odmówił też podpisania fałszywego, ale korzystnego dla sprawcy, protokołu z miejsca wypadku. W nocy z 12 na 13 grudnia 1985 roku słuch po nim zaginął. Nie wrócił na noc do domu, rano nie pojawił się w pracy.

Pętla

Sprawy wypadku w Łączkach i zaginięcia sierżanta Krzysztofa Pyki dobrze pamięta Maria Gendera, mieszkanka Leska. Był czwartek, 21 listopada 1985 roku. – Tego dnia byłam w Lesku, najpierw w kościele, później u koleżanki. Mijałam milicyjne kasyno, z którego wyszedł najpierw Tadeusz P., a za nim Lucjan P. Byli wypici, ale trzymali się na nogach. Tadeusz P. wsiadł za kierownicę swojego fiata, obok niego Lucjan P. Wsiedli do auta i odjechali – wspomina. 

Następnego dnia w Lesku mówiło się już o śmiertelnym wypadku, do którego doszło przed zajazdem w Łączkach. – Były dwie wersje: pierwsza, że wypadek spowodował P., i druga, że za kierownicą siedział jego ojciec – opowiada Gendera. – Znaliśmy się z Krzyśkiem Pyką i jego rodziną. Mój mąż pracował z nim w jednym posterunku. Z czasem relacje przeniosły się na grunt prywatny – wspomina. Twierdzi, że Pyka, który znalazł się na miejscu zdarzenia, relacjonował jej później to, co działo się przed zajazdem. – Panowało zamieszanie. Radiowóz przywiózł na miejsce ojca P., którego podstawili za kierowcę. Na miejscu był też komendant Wróblewski oraz prokurator Słabik. Krzysiek wspominał, że Lucjan P. przeganiał go z miejsca wypadku, powiedział: „Idź się napij piwa, ciebie tu nie było”. Krzysiek nie chciał odpuścić i w tym momencie zaczęła się jego tragedia, o której wówczas nikt jeszcze nie miał pojęcia. Jeden człowiek zginął, a drugi czekał na śmierć nieświadom tego, co go wkrótce spotka – wspomina.

– Sprawa nie dawała Krzyśkowi spokoju, mówił znajomym, że jej tak nie zostawi. Po kilku dniach przyszedł do nas i powiedział, że zmuszają go do podpisania protokołu, który świadczy na ich korzyść, Krzysiek się na to nie zgodził. Mówił, że sumienie mu na to nie pozwala – dodaje.

Po kilku dniach odwiedził panią Marię ponownie. – Rozpłakał się i powiedział: „Oni mi grożą i mnie straszą. Mario, ja nie wiem co mam zrobić”. Więc mu powiedziałam: Krzysiek nie odpuszczaj, tylko rób tak, jak ci dyktuje sumienie. No i Krzysiek nie podpisał… 

W nocy z 12 na 13 grudnia Krzysztof Pyka zaginął – Mąż zaczął dyżur w Lesku zadzwonił do mnie i powiedział: „Słuchaj Krzysiek nie wrócił do domu, wszyscy go szukają”. Wiedziałam już, że stało się coś bardzo złego – opowiada Maria Gendera. 

Młodego milicjanta na własną rękę szukała rodzina i znajomi, ale bez skutku. – Pamiętam sylwestra, siedzieliśmy z żoną Krzysia u nich w domu, Gosia patrzyła przez okno, wypatrywała go. Strzelały sztuczne ognie, ludzie świętowali nadejście nowego roku, a my myśleliśmy tylko o jednym – gdzie jest Krzysiek – wspomina. 

Milicja brała pod uwagę kilka wersji: samobójstwo, ucieczkę za granicę, a nawet ucieczkę do innej kobiety. – To wszystko od samego początku było bardzo dziwne, Lesko huczało od plotek, że Krzysiek zginął, bo chciał ujawnić prawdę o wypadku – podkreśla znajoma milicjanta. 

Ciało sierżanta Krzysztofa Pyki zostało odnalezione po prawie dwóch miesiącach od zaginięcia. 3 lutego 1986 roku turyści znaleźli je w wodzie przy brzegu Jeziora Solińskiego – tuż koło stacji WOPR. Pani Maria, która także była zaangażowana w poszukiwania, przyjechała wówczas na miejsce. – Poznałam go od razu, chociaż ciało było już zdeformowane. Pamiętam, że obecni na miejscu milicjanci zwrócili uwagę na to, że Krzysiek wypłynął twarzą do góry, a nie plecami, jak to zazwyczaj ma miejsce w przypadku utonięć. Był w kożuchu, na ręce miał zegarek, na szyi szalik zrobiony na drutach przez żonę, ciemne spodnie i sweter. W jednej dłoni zaciśniętej w pięść trzymał gałąź czy trawę, w kieszeni miał legitymację służbową. Rozmowy tam prowadzone zmierzały do tego, że został zamordowany – wspomina Maria Gendera. 

Okoliczności śmierci młodego milicjanta nigdy nie wyjaśniono. Został pochowany w rodzinnej Częstochowie. Przed pogrzebem jego ojciec dopisał na klepsydrach: „Zamordowany przez kolegów w Bieszczadach”. 

Pracując nad sprawą śmierci sierżanta Krzysztofa Pyki dotarłam do anonimu z kwietnia 1986 roku skierowanego do Czesława Kiszczaka, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. Jego autor przedstawia się w nim jako mieszkaniec Leska, osoba „blisko związana z organami MO”. Opisuje w nim wypadek, do którego w listopadzie 1985 roku doszło w Łączkach, jako sprawcę wskazuje ówczesnego wicekomendanta leskiej policji, Tadeusza P.  Potwierdza też, że pasażerem był inny milicjant, Lucjan P. Opowiada też o tym, jak tuszowano sprawę. „Pytano się milicjantów, dlaczego godzą się na takie fałszerstwo, a oni odpowiadali że takie dostali polecenia i muszą je wykonać, bo inaczej spotkają ich przykrości ze strony komendanta P.” – czytamy w piśmie. 

Autor wskazuje w nim konkretnych naocznych świadków zdarzenia, w tym Krzysztofa Pykę, który zapowiedział, że będzie dążył do ujawnienia prawdy, a później zginął w niewyjaśnionych okolicznościach i którego ciało wyłowiono z jeziora. „Wszyscy ludzie w Lesku mówią, że musiał zginąć, gdyż za dużo wiedział i zagrażał komendantowi P. Ludzie są tu całą sprawą bardzo wzburzeni, bo P. nadal jest komendantem i używa życia. (…) Również milicjanci między sobą mówią cały czas na ten temat, a jak wypiją wódkę to i z cywilami i niepodobne by sprawę można było zatuszować. (…) Władze w Krośnie albo nic nie wiedzą, bo P. ma tam dużo znajomych, albo boją się interweniować, bo ojciec P. jest zasłużonym człowiekiem i dobrze ustosunkowanym, a tak też mógłby odpowiadać” – pisze dalej autor anonimu.  

Na koniec apeluje do Kiszczaka o zajęcie się sprawą tuszowania wypadku. „Panie Ministrze, powiedział Pan kiedyś w Sejmie, gdy była sprawa z księdzem Popiełuszką, że nikt w Polsce nie może łamać prawa bez względu na to, kim jest i jakie ma stanowisko, a tutaj, w Lesku prawo zostało złamane przez przedstawiciela władzy, winni są na wolności i ponad prawem. Chronią ich stanowiska i znajomości”. 

W lipcu 1986 roku ruszyło ponowne śledztwo w sprawie wypadku w Łączkach, sprawa trafiła na biurko prokuratora Zygmunta Słabika, tego samego, który rok wcześniej brał udział w czynnościach na miejscu śmiertelnego wypadku. Po przeanalizowaniu zebranej dokumentacji w prowadzonym wcześniej śledztwie nie dopatrzył się nieprawidłowości i uznał, że samochód w Łączkach prowadził ojciec wicekomendanta P. i to on spowodował śmiertelny wypadek, a sam P. ze sprawą śmierci Krzysztofa Pyki nie miał nic wspólnego. 

Akta Operacyjne Służb Bezpieczeństwa z tego postępowania znajdują się w rzeszowskim oddziale IPN-u. Postępowanie wyjaśniające w sprawie wypadku w Łączkach prowadził porucznik Henryk Polak. Miał ustalić, kto faktycznie siedział za kierownicą feralnego dnia, kiedy doszło do wypadku, wicekomendant Tadeusz P., czy jego ojciec, Franciszek. 

W jednej z notatek relacjonował rozmowę z prokuratorem Zygmuntem Słabikiem, który prowadził tę sprawę. „Stwierdził on: – kto był sprawcą wypadku to dobrze obaj wiemy, ale dla nas jest lepiej tak, jak zakończyła się ta sprawa”. 

Porucznik Polak jeszcze raz przeanalizował zebraną w sprawie dokumentację, przesłuchał świadków, ale wiele nie wskórał, bo jak relacjonował w jednej z notatek, „ci co byli świadkami wypadku niechętnie na ten temat rozmawiają nawet w gronie najbliższych znajomych. Przeważnie zasłaniają się niepamięcią”. Co ciekawe, żaden z tych świadków podczas okazania nie rozpoznał ani Tadeusza P., ani jego ojca Franciszka jako osób, które miały związek z wypadkiem. 

„W toku wykonanych przez nas czynności nie uzyskano przekonywujących dowodów, że krytycznego dnia samochodem kierował ppor. Tadeusz P, a nie jego ojciec Franciszek. Również śledztwo takich dowodów nie dostarczyło. Brak jest również przesłanek świadczących o ewentualnym związku wspomnianego wypadku drogowego ze sprawą śmierci funkcjonariusza Krzysztofa Pyki” – czytamy w meldunku dotyczącym zakończenia postępowania wyjaśniającego w tej sprawie. 

2012

Pierwszym dziennikarzem, który dotarł do dokumentów w IPN i opisał sprawę wypadku w Łączkach był Jan Joniak. W 2012 roku na łamach miesięcznika „Puls Bieszczadów” ukazał się tekst jego autorstwa pt: „Sierżant Pyka, co nikogo nie zamyka”. Ujawnił w nim ówczesny model działania milicji i prokuratury, która zrobiła wszystko, aby ukręcić i zatuszować prawdziwe okoliczności sprawy.

Spotykamy się u niego w domu w Polańczyku. Pokazuje mi gazetę, w której niemal dekadę ukazał się jego tekst o wydarzeniach z połowy lat 80. – Na dokumenty trafiłem przypadkiem. Przeglądałem zasoby IPN w poszukiwaniu materiałów dotyczących lokalnych spraw, w pewnym momencie trafiłem na teczkę podpisaną „Zajazd” z krótkim opisem, że zawartość dotyczy wypadku, który w 1985 roku miał miejsce w Łączkach – opowiada.

W odtajnionych przez IPN aktach znalazł też informacje na temat działań służb w sprawie zaginięcia sierżanta Krzysztofa Pyki. – Znaliśmy się z Krzysiem osobiście. To był bardzo uczciwy, dobry człowiek i zdolny milicjant. Miał żonę i dwie małe córeczki, dostali mieszkanie w bloku. Czasem spotykaliśmy się na piwie, wszyscy byli zaskoczeni, że milicjant pisze wiersze, a on pisał. Ludzie bardzo go lubili i szanowali, co w przypadku milicjantów nie było w tamtych czasach powszechne – powiedział mi.

Były dziennikarz przyznaje, że wiele osób wiązało zaginięcie Pyki ze śmiertelnym wypadkiem w Łączkach. Milicjant był na miejscu zdarzenia, widział, jak na miejsce kierowcy podstawiono ojca wicekomendanta P. Powiedział wtedy, że nie odpuści i ujawni prawdę.

– Forsowano wersję o samobójstwie i o tym, że Krzysio przypadkiem wpadł do wody, ale tych wersji nikt ze znajomych nie brał pod uwagę. Jestem przekonany, że to nie było samobójstwo – podkreśla.

Redaktor Joniak pamięta też rodziców Marka Pomykały, którzy przez lata przyjeżdżali palić znicze na zaporze w Solinie.

Przełom

W maju 2014 roku wydawało się, że w sprawie śmierci sierżanta Pyki i zaginięcia dziennikarza Pomykały otworzył się nowy rozdział. Na policję zgłosiła się wówczas Alina K. i złożyła sensacyjne zeznania. Opowiedziała, że jej znajoma Wioletta Z., która przez dwa lata była kochanką emerytowanego policjanta Tadeusza P., utrzymuje, że były policjant przyznał się jej do zabicia dziennikarza Marka Pomykały. Do zbrodni miało dojść na posesji funkcjonariusza w Wołkowyi, po czym miał porzucić samochód dziennikarza w rejonie zalewu solińskiego. Powodem zbrodni miało być zainteresowanie Pomykały sprawą śmiertelnego wypadku w Łączkach, którego sprawcą miał być ów policjant. Z relacji kobiety miało też wynikać, że z tego samego powodu miał zabić Krzysztofa Pykę.

Z Wiolettą Z., pomimo kilkukrotnych prób, nie udało mi się osobiście porozmawiać. Raz tylko odebrała telefon. Na informację, że dzwonię w sprawie zaginięcia Marka Pomykały, zareagowała nerwowo. Potwierdziła jedynie swoje wcześniejsze zeznania i zakończyła rozmowę.

Udało mi się jednak dotrzeć do nagrania z 2014 roku, w którym szczegółowo relacjonuje rozmowę z byłym policjantem swoim znajomym. Opowiada, że P. przyznał się jej do spowodowania wypadku w Łączkach, zabicia Krzysztofa Pyki i Marka Pomykały. Miał to zrobić, aby prawdziwe okoliczności wypadku nie wyszły na jaw. Mówi też, że Pomykała, z którym znała się osobiście, wspominał jej, że „natrafił na dobrą aferę”, którą zamierza opisać.

W oparciu o zeznania Wioletty Z. w 2014 roku Prokuratura Rejonowa w Krośnie wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa Krzysztofa Pyki i Marka Pomykały. Sprawę przejęła później Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie.

Jak czytamy w zgromadzonych w toku śledztwa materiałach, przesłuchana w charakterze świadka Wioletta Z. zeznała, że w czerwcu 2012 roku na działce w Wołkowyi Tadeusz P. miał jej pierwszy raz opowiedzieć o wypadku, jaki miał miejsce w 1985 roku z Łączkach, o tym, że jadąc pod wpływem alkoholu zabił człowieka i o tym, jak razem z kolegami tuszował swój udział w tym zdarzeniu poprzez podstawienie swojego ojca jako sprawcy wypadku. Świadka wypadku, milicjanta Krzysztofa Pykę, miał zepchnąć ze skarpy. Miał też mówić partnerce, że gdy nastąpi przedawnienie tego czynu, pokaże miejsce, w którym zamordował Pykę i napisze na ten temat książkę.

Jak zeznała kobieta, miesiąc później Tadeusz P. opowiedział jej o dziennikarzu, który po 10 latach zaczął interesować się tematem śmiertelnego wypadku, którego P. był sprawcą, i tajemniczą śmiercią policjanta Pyki. Miał wymienić wówczas nazwisko Marka Pomykały. Jak zeznała kobieta, były policjant miał zwabić dziennikarza do siebie na działkę w Wołkowyi i udusić.

W śledztwie przesłuchana została także żona Tadeusza P., Ewa P., która zeznała, że mąż wielokrotnie mówił jej o tym, że zabił sierżanta Krzysztofa Pykę. W nocy z 12 na 13 grudnia mieli pić razem alkohol, a kiedy Pyka był już pijany, Tadeusz P. miał wypłynąć z nim łódką na Jezioro Solińskie i go utopić. O Pomykale nigdy nie wspominał – zeznała kobieta w 2014 roku.

Udało mi się dotrzeć do niej i porozmawiać. Potwierdziła zeznania złożone w śledztwie. Dodała, że przypomniała sobie rozmowę, która łączy jej byłego męża z tajemniczym zaginięciem sanockiego dziennikarza. – Zapytałam go kiedyś, „jak ty możesz żyć, mając na sumieniu zabicie dwóch osób” – chodziło mi o pana Krajnika, który zginął w Łączkach, i milicjanta Krzysztofa Pykę. Odpowiedział: „Mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem”. W 2014 roku policjanci z Rzeszowa pytali mnie, czy nazwisko Pomykała coś mi mówi, ale ja tego wówczas nie skojarzyłam. Dopiero po obejrzeniu reportaży przypomniała mi się ta rozmowa… Mój były mąż to człowiek bezwzględny, zły, niebezpieczny. Miał motyw, aby zabić Pomykałę i bardzo możliwe, że to zrobił – powiedziała mi Ewa P.

Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie uznała jednak, że w zeznaniach Wioletty Z. jest zbyt wiele wątpliwości, które należy rozstrzygnąć na korzyść Tadeusza P.

Jak czytamy w uzasadnieniu umorzenia, w toku śledztwa prokurator Agnieszka Zięba nie potwierdziła, aby Marek Pomykała zajmował się wypadkiem drogowym z 1985 roku oraz śmiercią Krzysztofa Pyki, Tadeusz P. nie miał więc motywu, aby pozbawiać dziennikarza życia. Prokurator prowadząca sprawę stwierdziła, że przyjęta przez śledczych w 1999 roku teza o samobójstwie dziennikarza jest zasadna i najbardziej prawdopodobna. To dlatego – jak czytamy w dokumentach – prokurator odstąpiła od czynności przeszukania oraz dokonania oględzin posesji byłego policjanta, które Wioletta Z. wskazała jako ewentualne miejsce śmierci Marka Pomykały.

Prokurator powołała się przy tym na artykuł 219. par.1 kodeksu postępowania karnego, który mówi, że można dokonać przeszukania pomieszczeń i innych miejsc, jeżeli istnieją uzasadnione podstawy do przypuszczenia, iż osoba podejrzana lub wymienione rzeczy tam się znajdują. Pani prokurator takich przesłanek nie znalazła. Przywołała też przepis, w którym wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego w myśl zasady, że to nie oskarżony ma udowodnić swoją niewinność, lecz oskarżyciel jego winę.

Prokuratura umorzyła też wątek dotyczący śledztwa w sprawie zabójstwa Krzysztofa Pyki. Uznała, że wprawdzie Tadeusz P. miał motyw, aby pozbawić milicjanta życia, „bo ten wiedział o prawdziwym sprawcy wypadku oraz groził, że ujawni jego okoliczności”, jednak brak jest dowodów na to, aby to zrobił bądź się do tego przyczynił.

Jedyne, co „z całą pewnością” ustaliła rzeszowska prokuratura to fakt, że sprawcą wypadku drogowego, do którego doszło 21 listopada 1985 roku w Łączkach, był Tadeusz P. ówczesny wicekomendant leskiej milicji. Sęk w tym jednak, że sprawa się przedawniła i sprawca nie poniósł za swój czyn żadnych konsekwencji karnych.

Tadeusz P. nigdy nie został też przesłuchany w śledztwie ani w charakterze świadka, ani podejrzanego.

Udało mi się jednak znaleźć osobę, która potwierdza, że Marek Pomykała pracował nad sprawą tajemniczej śmierci Krzysztofa Pyki. To emerytowany policjant, pracował w małym posterunku policji w jednej z bieszczadzkich miejscowości. Nie chce ujawniać swojej tożsamości. – Z Markiem znaliśmy się, bo przyjeżdżał w Bieszczady szukać tematów do gazety, w której pracował – opowiada mój rozmówca.

– Był bardzo dociekliwym dziennikarzem, interesowały go różne sprawy. Przyjeżdżał swoim maluchem, zawsze miał przy sobie swój charakterystyczny, czerwony notes. Szybko zjednywał sobie ludzi, bo był otwarty i bezpośredni, więc chętnie z nim rozmawiali. Interesował się też sprawą śmierci Krzyśka Pyki, przypominam sobie co najmniej jedną taką naszą rozmowę. Pytał mnie o to – potwierdza mój rozmówca.

Przedawnienie

W 1997 roku, gdy zniknął Marek Pomykała, od wypadku w Łączkach i śmierci milicjanta w Polańczyku minęło 12 lat. Obie sprawy nie były przedawnione, widmo kary wciąż wisiało nad sprawcą. Możliwe, że Marek Pomykała zginął, bo wpadł na jego trop.

Mija 30 lat od wypadku w Łączkach i śmierci milicjanta Krzysztofa Pyki. Jest rok 2016. Do krośnieńskiego wydawnictwa Ruthenus wpływa e-mail, który wysyła Tadeusz P. Treść szokuje. Były policjant przyznaje się w nim do popełnienia co najmniej dwóch zbrodni. Zachowuję oryginalną pisownię.

– „Składam propozycję współtworzenia książki będącej moimi autentycznymi wspomnieniami o czynach przestępczych, jakich dopuściłem się pracując w resorcie MSW. Jestem emerytowanym oficerem policji. Pracowałem w Bieszczadach. Historia tych spraw jest do dnia dzisiejszego żywa i bulwersująca w tym regionie. Nastąpiło przedawnienie więc może ujrzeć światło dzienne”. 

„W 1985 roku byłem zastępcą komendanta ówczesnego Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Będąc w stanie silnego upojenia alkoholowego potrąciłem śmiertelnie pieszego. Było kilkunastu bezpośrednich świadków. Plus grupa oględzinowa z milicji, prokurator. Jechałem z pasażerem, również zastępcą komendanta. Pomimo tego na miejsce wypadku został przewieziony mój ojciec. Jako sprawca wypadku. Liczne postępowania w tej sprawie procesowe zostały umorzone. Całe skręcenie zostało wykonane przy wybitnej pomocy resortu MSW. Dysponuję i podam nazwiska osób związanych z tym, z opisem roli prokuratora, późniejszego szefa prokuratury, milicjantów oraz ich przełożonych, ówczesnego aplikanta prokuratorskiego, a późniejszego prezesa sądu. Naczelnika WUSW Krosno”.

Dalej w e-mailu były policjant przytacza sprawę wypadku w Łączkach i zaginięcia – a jak pisze w dalszej części wiadomości – „usunięcia” dwóch osób, „milicjanta i osoby stojącej kilka metrów od wypadku”, które były bezpośrednimi świadkami tego wypadku. 

„Z uwagi na przedawnienie w dniu dzisiejszym bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności można opowiedzieć i zrzucić z siebie jarzmo tych czynów i 30 lat jarzma życia w oczekiwaniu na karę lub przedawnienie. Mogę bez obaw podać nazwiska wszystkich osób związanych z tymi sprawami i żyjących do dnia dzisiejszego” (…) 

Zgodnie z polskim kodeksem karnym zbrodnia zabójstwa przedawnia się po 30 latach, ale jeśli w sprawie zostało w tym czasie wszczęte postępowanie, a tak było w przypadku śmierci milicjanta Pyki, okres ten wydłuża się o 10 lat. Czy Tadeusz P. o tym nie wiedział?

Dzwonię do wydawnictwa Ruthenus. – Tak, pamiętam tę wiadomość, to był chyba 2016 rok – potwierdza mi szef wydawnictwa Rafał Barski. – Odmówiliśmy współpracy i wydania książki – dodaje. 

E-maila z propozycją mój rozmówca przesłał do Jana Joniaka, z którym wówczas współpracował, a ten przekazał ją znajomemu autorowi książek o Bieszczadach, Henrykowi Nicponiowi, który podjął się napisania książki na podstawie wspomnień byłego policjanta. 

Kiedy w marcu rozmawiałam z Henrykiem Nicponiem przyznał mi, że prace nad książką dobiegają końca i najprawdopodobniej jeszcze w tym roku ujrzy ona światło dzienne. Potwierdził, że powstaje m.in. na podstawie opowieści byłego policjanta, Tadeusza P.  Opisywane w niej wydarzenia dotyczą lat 1981 – 1986, w tym także śmiertelnego wypadku w Łączkach, którego sprawcą był P. oraz śmierci milicjanta Krzysztofa Pyki, do której przyznał się w e-mailu. 

Henryk Nicpoń przyznał też, że podczas zbierania materiałów do książki emerytowany policjant osobiście pokazał mu miejsce, w którym miał pozbawić życia Krzysztofa Pykę. Jak relacjonował mi pisarz, P. miał zostawiać w tych miejscach kwiaty. 

Mój rozmówca nie zdradził jednak żadnych szczegółów na temat opisywanych w książce wydarzeń, zasłaniając się tajemnicą dziennikarską. Książka kończy się na 1986 roku – i – jak podkreśla pisarz – nie ma w niej ani słowa na temat tajemniczego zaginięcia Marka Pomykały, choć przyznaje, że rozmawiał na ten temat z Tadeuszem P. 

Kilka dni po mojej rozmowie z pisarzem otrzymałam od niego wiadomość, że Tadeusz P. chętnie osobiście porozmawia ze mną o czynach, których miał się dopuścić w połowie lat 80. Przekazał mi do niego numer telefonu. 

Jakiś czas później wykręciłam numer P. Po kilku sygnałach po drugiej stronie słuchawki odezwał się starszy mężczyzna, który zdecydowanym i stanowczym tonem poinformował mnie, że zmienił zdanie i nie będzie ze mną rozmawiał i odpowiadał na moje pytania.

Trzecie śledztwo

O ponowne przeanalizowanie materiałów zebranych przez śledczych zabiegał ojciec sanockiego dziennikarza, Kazimierz Pomykała. W styczniu 2020 roku za pośrednictwem posła z Sanoka Piotra Uruskiego wysłał w tej sprawie pismo do szefa Prokuratury Krajowej Zbigniewa Ziobry. – Chciałem jeszcze raz przed śmiercią spróbować rozwikłać zagadkę zaginięcia mojego syna. Dobiegam 90-tki. Dla mnie i dla mojej żony to ostatni moment na poznanie prawdy – dodał.  

Pod koniec kwietnia otrzymał odpowiedź, że po ponownym przeanalizowaniu materiału zebranego śledztwie prokuratura „nie stwierdziła, aby zaistniały nowe okoliczności czy dowody uzasadniające podjęcie umorzonego postępowania”.  

Dopiero kiedy za sprawą dziennikarzy o zbrodniach tuszowanych w latach 80. przez MO i SB oraz tajemniczym zniknięciu sanockiego dziennikarza, który miał wpaść na ten trop, zrobiło się głośno w całej Polsce, Prokuratura Krajowa jeszcze raz pochyliła się nad sprawą i skierowała ją do ponownego rozpatrzenia. Sprawa trafiła do Prokuratury Okręgowej w Krakowie i krakowskiego wydziału policji Archiwum X. 

To już trzecia próba rozwikłania tej zagadki przez organy ścigania. Śledczy jeszcze raz przeanalizowali akta, przesłuchali rodzinę i znajomych Krzysztofa Pyki i Marka Pomykały oraz głównych świadków w sprawie. Zdecydowali też o przeszukaniu posesji byłego policjanta Tadeusza P. w Wołkowyi, gdzie według zeznań Wioletty Z. w 1997 roku miało dojść do zabójstwa sanockiego dziennikarza. 

W czasie mojej pracy nad sprawą kilkakrotnie odwiedziłam to miejsce. 

Jest 23 kwietnia. Dojazd do Wołkowyi z Sanoka zajmuje mi około 40 minut. Po drodze na miejsce zastanawiam się, czy to tę trasę 29 kwietnia 1997 roku pokonał swoim maluchem Marek Pomykała. 

Posesję Tadeusza P. wskazuje mi jeden z jego sąsiadów. Zagaduję o właściciela, mój rozmówca nie wspomina go dobrze. – Sprawiał nieprzyjemne wrażenie osoby, która nie lubi sprzeciwu – odpowiada na moje pytanie o to, jaką osobą był P.

Domek P. znajduje się na uboczu. Mały, drewniany, ze spadzistym dachem, balkonem i skromnym tarasem. Stoi na wzniesieniu, na skraju lasu. 

Przez szybę w drzwiach zaglądam do środka. Obchodzę dookoła, rozglądam się. To tu, według słów Wioletty Z., Tadeusz P. miał zabić Marka Pomykałę, a jego zwłoki ukryć w pobliskim lesie. 

Od sąsiada dowiaduję się, że w 2016 roku P. sprzedał domek. 

Na miejsce wracam 12 maja. Tego dnia na posesji rozpoczęły się poszukiwania szczątków Marka Pomykały. Funkcjonariusze i technicy pracują wewnątrz i na zewnątrz drewnianego budynku. Wynoszą z niego meble, pobierają i zabezpieczają ślady, które zostaną później poddane szczegółowej analizie przez biegłych. Wyników analiz śledczy nie zdradzają. 

Niemal w tym samym czasie Sąd Rejonowy w Krośnie na wniosek Prokuratury Okręgowej w Krakowie zwalnia z tajemnicy dziennikarskiej dziennikarza Jana Joniaka i pisarza Henryka Nicponia. Śledczy uważają, że obaj mogą posiadać istotne informacje na temat okoliczności poprzedzających zaginięcie milicjanta Krzysztofa Pyki oraz jego śmierci, a także roli, jaką w tych wydarzeniach odegrać miał ówczesny wicekomendant leskiej milicji, dzisiaj emerytowany policjant, Tadeusz P. 

Henryk Nicpoń, początkowo zasłaniając się tajemnicą dziennikarską, nie chce współpracować ze śledczymi. – Tajemnica dziennikarska to świętość – mówi mi podczas jednej z rozmów.  

Kiedy krakowscy śledczy robią mu nalot na mieszkanie i konfiskują m.in. komputer, w którym ma fragmenty książki ze wspomnieniami Tadeusza P., pisarz zmienia zdanie i decyduje się na współpracę ze śledczymi. 

Jan Joniak i Henryk Nicpoń zostali już przesłuchani. Policyjne czynności trwają, śledztwo w sprawie zabójstwa milicjanta Krzysztofa Pyki i sanockiego dziennikarza Marka Pomykały zostało przedłużone do 31 grudnia 2021 roku. Śledczy, zasłaniając się dobrem toczącego się postępowania, konsekwentnie odmawiają udzielania jakichkolwiek informacji w tej sprawie. 

Epilog

Nad sprawą pracuję od ponad roku. Przez ten czas udało mi się dotrzeć do materiałów, które nigdy nie były publikowane i ludzi, których relacje rzucają nowe światło na tę sprawę. Wiele wskazuje na to, że sanocki dziennikarz zginął, bo wpadł na trop mrocznej przeszłości emerytowanego policjanta Tadeusza P. Dziś już wiemy, że Marek Pomykała pracował nad sprawą wypadku w Łączkach i tajemniczą śmiercią Krzysztofa Pyki. Potwierdzają to świadkowie, do których udało mi się dotrzeć. Wbrew temu, co w 2015 roku ustaliła rzeszowska prokuratura, były policjant miał więc motyw, aby pozbyć się dziennikarza. Czy to zrobił? Odpowiedzi na to pytanie szukają krakowscy śledczy. 

Niezależnie od okoliczności, rodzina Marka Pomykały czeka na rozwikłanie zagadki jego tajemniczego zaginięcia, ciągle żyjąc nadzieją, że po latach pozna prawdę na temat wydarzeń, które miały miejsce w nocy z 29 na 30 kwietnia 1997 roku. 

– Wie pani, jak mówią – nadzieja umiera ostatnia, więc ciągle tę nadzieję mamy – powiedział mi podczas jednej z wielu rozmów Kazimierz Pomykała.

– Wszystkie okoliczności tej sprawy, jakie znamy, wskazują, że nasz syn zginął, bo chciał ujawnić prawdę na temat przestępczej działalności byłego policjanta. Marka nie ma, a domniemany sprawca jego śmierci żyje i nigdy nie poniósł odpowiedzialności za to, co zrobił. Jesteśmy z żoną już starszymi ludźmi. Mimo że od zaginięcia Marka minęło tyle lat, dla nas to nadal jest bardzo trudne ponownie to wszystko przeżywać. Gdybym wtedy wiedział, że syn pracuje nad sprawą byłego policjanta, na pewno bym mu to odradzał i od tego odwodził. Marek chciał ujawnić prawdę i to go zgubiło. Uważam, że gdyby ludzie, którzy mają wiedzę na temat tego, co się wydarzyło 24 lata temu, zaczęli w końcu mówić, sprawę udałoby się wyjaśnić. A czy tak się stanie? Jedyne, co nam pozostaje, to mieć nadzieję.

W 2007 roku, po 10 latach od zaginięcia, Marek Pomykała został formalnie uznany za zmarłego. Rodzice zrobili mu symboliczny grób na cmentarzu centralnym w Sanoku. Co jakiś czas odwiedzam to miejsce. Na grobie zawsze stoją znicze, w wazonie białe kwiaty. Na nagrobnej płycie wyryto jedno krótkie zdanie: „Na zawsze w pamięci”. 

Kazimierz Pomykała: – Nie szukam zemsty, bo syna nic mi nie wróci, tylko sprawiedliwości. Chcemy z żoną przed śmiercią poznać prawdę o tym, co stało się z naszym synem i znaleźć jego szczątki. Tylko na tym nam już zależy… 

Autorką tekstu jest Martyna Sokołowska,

Tekst pierwotnie ukazał się w dzienniku Super Nowości 

(.)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%